sobota, 17 marca 2007
Łezka w oku się kręci...

- Dziś, szukając czegoś o starym dworcu w Katowicach, znalazłam ten blog. Wciągnął mnie swą magią, zaczytałam się w nim jak w najlepszej powieści... Ta strona ma niesamowity klimat, ma owo tajemnicze "coś", co nie pozwala się oderwać, póki nie przeczytamy całości.

- Dosłownie widziałam każdą z postaci...wspaniale opisana niby to zwykła rzeczywistość...

- Jeszcze nie umiem jak ty mówić o ludziach. Gubię się w ciągłych odniesieniach mnei do nich. Może dlatego wolę jeździc obok, patrzeć z boku, z zewnątrz...i tak bezpiecznie - poznac ich tylko na Drugim Peronie.

- jest coś,co nas łączy... nieważne, że miasto... peron, jego historyczne i futurystyczne 'błahostki'... wysiadam zawsze dwukrotnie: Katowice (wsiadam), potem Zabrze... wreszcie zrozumiałam, że nie tylko ja widzę w dworcach DACH NAD GłOWĄ... "do zobaczenia" pod tabliczką z DWÓJKĄ porysowaną cudzymi palca

- na zaden inny blog nie przeskocze. w zaadzie wchodze tu tylko dla peronu. choc zrozumiem jesli z jakichs powodow zakonczysz zycie tego zakamarka, to jednak czegos mi bedzie brakowalo.
pozdrawiam pogodnie

- o właśnie ten Śląsk, nie wiem czy on mnie bardziej przyciagnął na twojego bloga czy moje zafascynowanie koleją, mieszkałam kiedyś na Zagłębiu, chociaż kiedyś to złe słowo bo to całe 17 lat mojego życia tam, zarówno Śląsk, jak i Zagłębie stały się cześcią mnie, uwielbiam tam wracać, zaglądać, uwielbiam o nich czytać. Podoba mi się sposób w jaki przedstawiasz te okolice, widać ich magię ale i pęknięcia na obrazie, bez gloryfikacji ale i bez odrazy, czytam od dawna, w końcu postanowiłam napisać. A ten zachód słońca – urzekający

- jesteś niesamowity;
odkąd przeprowadziłam się do Katowic, słyszę, że to miasto nie ma klimatu, atmosfery, że jest beznadziejne... a u Ciebie tyle klimatów, że oklepany Kraków mógłby się schować, u Ciebie tyle pomysłów, tyle obrazów, tyle momentów zatrzymanych w kadrze Twoich słów...
zawsze uważałam, że klimat tworzą ludzie i od nich zależy, jak się czujesz w danym miejscu - Ty pozwalasz mi odkrywać inne Katowice: magiczne i poetyckie... i jakoś zupełnie inaczej widzę teraz plac Miarki :-)

- Trafilem tu przypadkiem, ale chyba zostane troche dluzej... Rzadko sie zdarza spotkac kogos uwaznego, refleksyjnego, stojacego ponad plastikowym swiatem bezmyslnej konsumpcji... Wiem juz, ze nie jestem sam ;-)

- Przypomniales mi Śląsk , z ktorego uciekliśmy. Nie moglam zniesć mysli , ze nie wiem , co wdycham. A , ze jestem chemikiem , to wyobraznię mam w tym kierunku rozwinięta. . Zostawilam tam prace na czs nieokreślony i zostawiliśmy mieszkanie zakladowe , ale z pelnym wkladem. Teraz jest tam podobno czyściej. Najbardziej balam sie kominow w Miasteczku Ślaskim. Widzialam je z okien mojego mieszkania. Wysokie kominy - tlenki ołowiu i cynku.

To wszystko Wasze opinie, wasze komentarze, wasze komplementy. Łza się w oku kręci, bo przecież udało mi się przekazać to co bardzo chciałem. Wiele osób mnie zrozumiało, zaczęło myśleć podobnie. Co dalej robić? Nie jeżdzę już pociągami. Czuję do Śląska ciągle to samo. Jak myślicie? Jak zagospodarować te setki wpisów? Co z nimi zrobić? Czy da się to wydać? Ponad sto tygodni podglądania Śląska...

Teraz podjąłem projekt bloga slask.blox.pl i chciałbym ten projekt rozświetlić na cały region. Pozdrawiam.

wtorek, 21 listopada 2006
Szacunek dla herosów
Śląsk. Wyją syreny. Od zmierzchu. Przypomina mi się moje życie i to czekanie... na ojca. Gdy zawyła syrena w kopalni, którą widzieliśmy w oddali za firanami, całe osiedle chwytało za telefony. My klękaliśmy do modlitwy. Każdy żył w takt syren i sygnałów. Dziś tu nie ma kopalni. Poległa ładunkom wybuchowym i wodzie. Nie ma karczmy, nie ma torów nie ma parku, nie ma fontanny. Jedynie ściany łaźni i dyrekcji niczym atrapa ostały się wzdłuż ulicy, na której kiedyś po czarne złoto zjeżdżały się ciężarówki z 4 stron Polski i ustawiały w cichym szeregu.
Dziś w oddalonej o kilka kilometrów KWK Halemba ogień pył i gaz zabił kolejnych herosów. Z godziny na godzinę pękają kolejne serca.
Nikt, powtarzam, nikt oprócz ludzi, którzy tu mieszkają nigdy tego nie zrozumie, nie zrozumie niczego. Nie pojmie szacunku jakim należy darzyć górnika, nie obejmie rozumem tego ile mu zawdzięczamy i za jaką cenę, nie będzie potrafił sobie wyobrazić w jakich warunkach pracuje. Nie pojmie że laurki słowne dla tytanicznej postawy tych ludzi są... autentyczne. Że żona w oknie niejednorotnie naprawdę godzinami wypatrywała męża. Nie zrozumie prawdziwej definicji słowa kopalnia albo zawał.
Ile dusz błąka się po hałdach, by spojrzeć na swoje ukochane szyby? Nikt w Polsce tego nie liczy.. Tylko sensacja. Ilu, jak, kiedy, ile?
My wiemy. Setki. Setki herosów, poza jakąkolwiek kulturową hierarchią, wydobywało dla całej Polski energię, by mogła się rozwijać. Za cenę życia. By można było odbudować Warszawę, by można było ogrzewać nasze domy. Tymi prostymi słowami chciałbym pokazać patos. Bo się im należy. Przejdź na czworaka kilka kilometrów w ciemności i chmurze pyłu. Jutro prawie wszyscy będą o tym mówić, rozmawiać, kiwać głowami. Spuszczonymi głowami?
wtorek, 03 października 2006
Katowice 8:33

     Pełno nas a jakoby nikogo nie było. Lawina ruszyła. Autobus wibruje, młoty pneumatyczne budzą się i rozpoczynają pracę bez śniadania. Koparki wtapiają swoje łyżki w żółty miąższ. Klaksony niczym kuranty, tysiące wschodów małych słońca - światła hamowania. Moja ręka ślizga się po żółtej rurce. Opieram głowę na przedramienu. Jak papuga.
Nadszedł czas gdy setki tysięcy młodych organizmów przestawia się na tryb aktywniejszy niż przez ostatnie 3 miesiące. Wędrują codzień na tarło jak pstragi. W smogu, mgle, smrodzie, spalinach, odorze i wilgoci.
Katowice jako jądro trzymilionowej metropolii zmieniają się. To widać gołym okiem. Ludzie niczym mrówki zaczynają znów drążyć w ziemi. Powstaje naajdłuższy w Polsce podziemny tunel. Prawie kilometrowy. Chiciałbym tam być przed otwarciem. W nocy. Zapalone lampy. Zamknijcie oczy. Stoicie na szarozielonych świeżym asfalcie. Nad nami lampy. Jasno jak w kościele na nabożeństwie wieczornym. Seledyn, zieleń, brunatne cienie. W oddali wylot z atramentowym niebem i złote latarnie. Ale nie dla nas to miejsce. Dla tych co przecinają wstęgi. Owszem. I to za dnia.

- Nie wiem gdzie sobie ten tatuaż zrobię. Tutaj, tutaj albo tutaj - Wymachuje rączkami, okrągła piętnastka. "Na dupie" - myślę. Proszę wybaczyć to typowy syndrom frustracyjny dnia pierwszego .
- Co to mi pan daje? - Krzyczy bileterka w kolekturze na widok zbitego w kulkę banknotu pięćdziesięciozłotowego. - Czasem tak bywa - odpowiada smarkacz po czym pozuje dumnie do spojrzenia koleżanki. Jestem następny. Trafiło na mnie? Nie. Kobieta wyrzuca przedemną swoje żale i pretensje. Nie do mnie. Do nich. Ja jestem ten dobry. Niech wieć tak będzie. Pocieszam ją na swój sprawdzony sposób, uśmiecham i zapewniam, ze ten dzień będzie już tylko lepszy. Stara śpiewka, ale działa. Uśmiech. Wychodzę, uciekł mi autobus...

niedziela, 24 września 2006
Zabrze, Autobus 81. 17:10

        Kotłował między żółtymi drążkami, wirował, zrobił ze dwa trzy porządne korkociągi i wylądował bezpiecznie. Na siedzeniu tuż obok mnie. Zapach piwa. Piwa bulgotającego i rozdymającego trzewia. Dwa, trzy litry. Rozpaczliwe połykanie powietrza. Wracał z pracy, ręce brudne od smoły i cementu. To znaczy niedomyte. Twarde, popękane. Wracał z budowy.
- Co czy-tasz? -  z akcentem na ostatnią sylabę.
Pokazałem mu okładkę



- Alle brzydkie mordy. O czym piszą?
- O policji. - Zbyłem go.
- Ale współcześnie?
- Współcześnie
- Gdzie?
- W Minnesocie w USA.
- Gdzie?
- W Stanach.
- Acha, a co się dzieje?
- Znika trudna dziewczyna z trudnej, skomplikowanej rodziny. Coś się jej stało albo sama uciekła. Ona i jej matka to był toksyczny związek niszczących się wzajemnie osobowości. Wszystko jest przesiąknietę złymi emocjami. Najbliżsi się nienawidzą, ale obcy sobie ufają.
- A to nie czytałem

czwartek, 31 sierpnia 2006
Zabrze 14:14
Stałem na peronie i wiecie co sobie pomyślałem... ?
niedziela, 23 kwietnia 2006
Do domu czas 14:13

        Gaszę papierosa, ostatni przed pełnią wiosny, wprowadzam łyk zimnej wody, wciągam powietrze, rozpinam marynarkę. Cieszę się z ilości pięknych, zmysłowych kobiet i eleganckich mężczyzn. Ulice w końcu stopniowo budują dobry gust tego kraju. Jest ciepło. Idę. Czerwone światło gromadzi tumult ludzi. Zaraz ruszą na siebie jak Grecy w bitwie z Persami. Spróbuję nikogo nie dotknąć. Nierealne.
Biegnę estakadą, ruchome płyty betonowe grają swoją symfonię. Młoda kobieta w piwem w ręku, pijaniusieńka, dzwoni do swojego księcia: „Kochanie tak bardzo chciałabym abyś był tu zzze mną i mi dał buzzzi”.
Mężczyzna z resztką papierosa w ustach, liczy drobne rozsypane w rozwiniętej dłoni, brakuje mu na bułkę.
Przy wejściu na cuchnący hall dworca stara kobieta sprzedaje te niedobre lizaki. Czy ktoś dziś jeszcze kupuje lizaki?
Piskliwa rencistka kupuje bilet w kasie, bijąc rekord świata. Kupuje go 10 minut, prosząc o poprawki. Zaciskam zęby, nie przeklinam, ucieknie mi pociąg. Biegnę, kupię u kierownika.
Biegnę, ale ostrożnie. Mijam resztki jedzenia porozsypywane na posadzce, mijam ludzi objuczonych jak woły. Czuje, że nie zdążę. Zdążyłem
Młody konduktor, pachnący Davidoffem, nie daje sygnału do odjazdu pociągu. Jakaś kobieta zemdlała. „Trzeba oddać ją SOKowcom”, rozpoczął wiązankę plugastw.
Młoda para. Nie słyszą prośby o wyciągniecie biletów. Ona patrzy w niego jak w obrazek a on odwraca głowę w szybę i patrzy w dal. Ona go kocha ponad życie, On chyba jej nie kocha. Gryzie go, że już niebawem ją strasznie zrani.
Dziadka twarzy nie widzę. Zabarykadował się Naszym Dziennikiem. Jemu dużo nie zostało. Na ostatnie dni życia przyszło mu żyć  wśród ludzi wyśmiewających wszelkie wartości. Walczył o Polskę, wie co to miłość do kraju. Jest dla nich wszystkich błaznem.
Wysiadam w Zabrzu. Chłopak kładzie wiotką torbę na peron i pewnie po raz piąty przytula płaczącą niewiastę. On jest w żołnierskim ubraniu, ona złamała kwiatka.
Wchodzę w przejście podziemne. Oczom nie wierzę. Niszczą mój dworzec. Pachnei farbą, gnieniegdzie nawet pomalowali. Zerwali stalaktyty ze stropu, zerwali stare plakaty. Chaos.
Na ulicy sprzedawca gazet pyta sprzedawcę budzików „Co słychać?” Tylko z nim rozmawia, samotni, traktują się jako swoi.
Obok stoją taksówki, puste taksówki. Taksówkarze stoją w kółeczku i pala papierosy. Dlaczego udają, że się bardzo lubią? Jeden tylko został i czyta gazetę, nie chce uczestniczyć w tym zlocie fałszu.
Chudy facet w brudnych dżinsach, cuchnący spirytusem przystanął przy kartce „Tani kredyt od ręki” Bynajmniej nie zależy mu już aby żona nie odeszła z dziećmi na dobre.
Mój autobus. Te same twarze. Odważę się przejść wzdłuż aby usiąść z tyłu. Choć i tu są pocięte siedzenia. Scyzorykiem, żyletką, kluczami, paznokciami.

czwartek, 30 marca 2006
Katowice - Gliwice 22:10
        Ostatni pociąg osobowy z Katowic. Ciemna noc. Przysypiam. Postanowiłem porobić zdjęcia pustego przedziału. Jedno, drugie... trzecie. Oglądam je. Nagle moją uwagę przykuło trzecie. Zdjęcie okna. Patrzę na nie, patrzę na okno. Telefon spadł mi z wrażenia. Podniosłem. Przeszył mnie straszny chłód. wstałem popatrzyłem czy w sasiednim przedziale są ludzie. Byli. Uspokoiłem się. Wpatrywałem się jeszcze dokładniej w zdjęcie. Za oknem nicość, ciemno, żadnych latarni, mijalismy las, pola i wysypisko śmieci między Rudą a Zabrzem. Nie mam mowy o złudzeniu, odbiciu plakatu, czymkolwiek. Oszalałem? Kim on jest? Czyja twarz patrzyła we mnie zza szyby? Czy tu ktoś zginął pod pociągiem?

 
piątek, 24 marca 2006
Autobus 870, 17:40

      Tam jest! Tam jest! Tam jest! Nie to się nie liczy. Tam jest! Tam, tam też jest patrz! No jest. Tam jest! Tam jest! Tam! Tam jest! Ja pierwszy! Nie, ja pierwszy! O tam! Ja mam dwadzieścia! Tam jest! tam! O tam, nie tam nie ma. Tam!

Dwójka ośmioletnich chłopców przylepionych do szyby, liczyła na wyścigi "ptasie gniazda" wczepione w bezlistne szkielety drzew. Coś, co z daleka wyglada jak kępka jemioły, sterta lisci, kupka gałęzi czy właśnie gniazdo. Szczerze mówiąć nie wiedziałem co dokładnie liczyli. Na zachodzie niebo było czerwone, jeszcze tylko szyby kopalń i wieże kościelne wrzynały się w krwisto - złotą poświatę. Autobus sunął bardzo szybko framugi były lodowate a mi dzieci - mordercy, zabijały czas. Skutecznie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
Śląsk w Internecie!
zobacz.slask.pl